Wojciech Jachimowicz
Drzewo tajemnic
Wtedy wielu na Wzgórzach Dalkowskich opowiadało, zaklinając się, że jest to szczera prawda, iż przed wielką zarazą na drodze w stronę Jeżmanowej widywano wieczorami zgrzebny worek, który sam się ciągał po piasku i gadał: "fić, fić, fić, nie ma nic, od cholery dzięgiel pić". Wierzono też, że bołtuny położone na progu chaty mogą wiele złego u domowników i rogacizny uczynić. Szczególnie zaś będą utrudniać pannom zamążpójście w najbliższym roku.
W ów czas źle się działo z poborcami podatków, bakałarzami i piśmiennymi organistami. Wieści im przekazywane skrycie przez zwierzchników rozgadywać zaczynali bezpotrzebnie. A kiedy
ich pytano czemu to robią - odpowiadali, że ich tak języki boleśnie świerzbią, iż tylko gdy wygadają co im wiadome - ozory wracają do normalności. Można wtedy i zjeść co przy wieczerzy spokojnie
i wina podpić dla zatopienia frasunku.
Wszystkie tajemnice w tych okolicach, jakie ktoś posiadał głęboko skrywane, nawet złe uczynki, jakimś sposobem wydostawały się na zewnątrz ludzkich umysłów przez języki i stawały się
drożdżem do głupawych figli tłuszczy obdartej.
Bywało, że przechodzący na jarmarku zażywny kupiec czy to w Dalkowie czy Polkowicach nie wiedzieć kiedy wypaplał właśnie co pomyślał i od razu słyszał docinki urwipołciów na swój
temat. Niewiasty po grzbietach częściej obrywały teraz od swoich mężów, bo od razu wypaplały gdzie tam która wieczorami chadza po gumnach i kto tam na nie czekał i co tam się działo.
Żyć się już dłużej nie dawało z tym gadulstwem. Przyczyna tego tkwiła w nieudanych próbach rzucenia uroków przez guślarkę Tyszę na dziedzica Kumeka z Bytomskiego zamku. Namówił ją do
tego i wynagrodzić srebrem za sprzedane odpusty zupełne przyobiecał, fałszywy wędrowny rudy mnich z przybranym imieniem Midaw, któremu dziedzic Kumek pieniędzy nie zechciał pożyczyć. Bo miał
pewnie prawdziwe obawy, że przy pożyczce wędrownemu rudemu mnichowi Midawowi swoje srebrniaki po raz ostatni może oglądać. Mnich postanowił się skrycie zemścić na dziedzicu, jak to rudzielce mają
w swoim zwyczaju.
Guślarka Tysza mieszkała dotąd spokojnie w lasku pod Gaworzycami i udawało się jej czasem nawet kogoś ziołami, czy warzonymi jagodami wyleczyć z brzusznych boleści. Całymi dniami
wędrowała po wzgórzach przeważnie skrajami lasów i brzegami miedzowych zarośli zrywając ziela, od którego nawet najęci pastuchowie bydełko odganiali, żeby się po zjedzeniu nie wzdęło. Pod wieczór
siadywała przed chatą i mamrocząc podobne do łacińskich słowa skręcała trawnymi powrósełkami pęczki ziela. Wtedy to fałszywy rudy mnich Midaw pojawiwszy się o zachodzie przed chatą namawiał długo
Tyszę do rzucenia złego uroku na dziedzica z Bytomia. Przyobiecał nawet srebrniaka dać w nagrodę. Myślała nad tym cały tydzień Tysza i w końcu nawarzyła kory akacjowej z torfem i czymś tam
jeszcze - o czym nikomu nie chciała powiedzieć. Zaklęciami ochuchała sagan uszaty i gorącą breję przelała do sosnowego cebrzyka, okutego miedzianymi obręczami z krzywym kabłąkiem. Chyłkiem poszła
przed świtem pod bytomski zamek i pokropiła całe podgrodzie, stajnie, brony w bramach, śpiących strażników i co tam się dało po okolicznych wioskach. Urok miał pokarać dziedzica paskudnymi
krostami na policzkach. Coś tam się jednak w zaklęciach Tyszy poplątało, a może czegoś dosypać do brei zapomniała, tak że po paru dniach fałszywy rudy mnich Midaw przepadł, a ludzie po okolicy
wyjawiać wszystkie możliwe tajemnice zaczęli i pletli niewyobrażalne androny bez pamięci.
Mnicha widziano pono gdzieś z ogoloną głową, dla niepoznaki, sprzedającego fałszywe księgi na jarmarkach w Brandenburgii. Później o nim wieści żadne już nie docierały w te okolice.
Baby w wioskach plotły o amorach z przejezdnymi cyganami, co się do nich umizgiwali. Chłopi radośnie opowiadali w karczmie o tym, ile to dziesięcin do klasztoru nie oddali
poprzedniego roku.
Doszło to niebawem do czujnych uszu szpiegów dowódcy strażników bytomskiego zamku szczerbatego Zenona. Strach padł na niego i jego zaufanych pomocników, bo jeżeli i na nich przyjdzie
takie gadulstwo to mogą wypaplać, co tam na torturach z przesłuchiwanymi złoczyńcami wyprawiali, czego i dziedzicowi powiedzieć nie chcieli. A to już byłoby dla nich nie bezpieczne, szczególnie
po tym jak tamtego złodziejaszka tak przypiekli, że musieli go w fosie spławić, niby to, że uciekał z lochu. Posłali więc czem prędzej do puszczy pod Jakubowem po słynnego odczyniacza uroków
Jedura.
Jedur mieszkał w dzikiej okolicy nad Viadriną. Jego chata porosła mchem owiewanym dymem tlących się torfowisk wyglądała na zupełnie opuszczoną. W tym miejscu na Viadrinie były
porohy, przez które przeprawić się było trudno, chyba, że rzekę lody skuwały w czasie trzaskających mrozów. Powiadali, że te torfowiska to Jedur sam podpalił, żeby ogień szufelką z nich wyciągać,
kiedy w palenisku jego glinianego pieca wygaśnie. Posłańcy dowódcy szczerbatego Zenona weszli do chaty Jedura. Zlazł on z pieca, odpędził od siebie kilka gacków trzepocących się w kudłach jego
kożucha i rzekł:
- Dawnom takich gości tu nie miałem. Wiem po coście tu przyleźli. Pewno was strach obleciał, że wygadacie co tam w lochach wyprawiacie z czarownicami i innymi dziewkami
wyprawiacie. Urok mogę odczynić. Ale najpierw to pachołki jedne, będziecie mnie nieść na drągach wymoszczonych jedliną i karmić mięsiwem i mleka do dzbanka dolewać, żebym w nim dna nie zobaczył.
A żywo! - wrzasnął na nich i nawet odpowiedzieć nie pozwolił, tylko w drogę ruszać kazał.
Ciężka to była podróż. Jedur był wielki i dzbany ze sobą jakieś zabrać kazał. Niby to do odczyniania potrzebne. Przybył wreszcie ten dziwaczny orszak na miejsce. Jedur rozpatrzywszy
się w sprawie nakazał zapowiedzieć we wszystkich wioskach, aby chłopi i inni zebrali się za dwie niedziele pod wysoką akacją z wieloma dziuplami. Dlaczego tam, tego Jedur nikomu nie wyjawił.
* * *